Tego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. Musiałam złapać listonosza, zanim zrobi to mama. Szczególnie, jeśli miał list. Ubrałam się szybko w czarne, krótkie spodenki i białą koszulkę, którą zatknęłam za pasek. Ogarnęłam burzę niebieskich kłaków, po czym po cichu wymknęłam na zewnątrz. Rodzeństwo spało w salonie, zajmując całą podłogę. Jedynie Luci spała na sofie, by nic nie stało się dziecku. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Dobrze było, kiedy jesteśmy wszyscy razem. Szkoda, że tak rzadko się to zdarza. Cain mieszkał w innym mieście, praktycznie na drugim końcu kraju. Lucinda, razem z mężem mieszkała trzy ulice dalej, jednak była bardzo zapracowana. A Annie podróżuje razem z swoim chłopakiem. Westchnęłam, wychodząc z zatłoczonego domu na zewnątrz. Mniej więcej po dziesięciu minutach zauważyłam listonosza, jadącego spokojnie na rowerze.
- Witaj Savaro. To dla ciebie - podał mi kopertę z grubego papieru i parę innych listów. - Pozdrów mamę i życz jej zdrowia.
- Dziękuję. Przekażę - odparłam, z uśmiechem wracając do domu. Bezszelestnie prześlizgnęłam się znowu do pokoju, po drodze odkładając rachunki. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym usiadłam na łóżku. Zacmokałam parę razy, oglądając uważnie kopertę z pałacu. Drżącymi rękami rozdarłam chropowaty papier i wyciągnęłam list ze środka. Powoli chłonęłam kolejne kawałki tekstu... O nie... Schowałam list pod poduszkę, modląc się w duchu, by to był zwykły sen. Wstałam i zaczęłam przygotowywać śniadanie, budząc wszystkich w domu.
***
Ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Stałam właśnie u siebie, obracając kopertę w dłoniach. Powiedzieć im? W końcu i tak się dowiedzą...
środa, 20 maja 2015
Rozdział 1
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz